Apr 30, 2017 Last Updated 3:48 PM, Apr 28, 2017

Wojciech Mościbrodzki - Filozo…

Drodzy Państwo,  Kanał MaxMediaStream (http://maxmediastream.pl/)  na...

Masoński rytuał dostępny dla k…

Wielka Loża Rosji, obediencja  rozpoznawana jako regularna m.in. przez Wiel...

Apel Republikański

Wielki Wschód Francji (Grand Orient de France), Federacja Francuska Zakon...

TRUDNE CZASY DLA PRZYJAŹNI

Jutro ukaże się książka filozofa Michała Herera zatytułowana "Pochwała przyjaźni". Publikacja jest pokłosiem Konkursu im. Barbary Skargi, który Michał Herer wygrał. Cieszę się, ze mogę zaprosić Państwa do lektury wywiadu, który z Autorem przeprowadził Grzegorz Andrzejczyk Bruno. Mowa w nim także o Bracie Edwardzie Abramowskim, ważny wydaje mi się jednak sam temat. Nie wyobrażam sobie bowiem braterstwa bez przyjaźni, a przyjaźń stoi u samych początków mojej wolnomularskiej drogi.


Br∴ Marcin Bogusławski

Rozmawiają:pochwala przyjazni

Michał Herer [MH] – filozof i tłumacz. Autor książek: Gilles Deleuze. Struktury – Maszyny – Kreacje (Kraków 2006) oraz Filozofia aktualności. Za Nietzschem i Marksem (Warszawa 2012). Związany z Instytutem Filozofii UW.

Grzegorz Andrzejczyk-Bruno [GAB] – publicysta, terapeuta TSR (Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach) związany z Gabinetem Moniki Goworek Dobra Perspektywa.

 

[GAB]: Wygrał Pan konkurs na najlepszy polski esej filozoficzny, organizowany przez Fundację na Rzecz Myślenia im. Barbary Skargi. Swoją pracę zatytułował Pan Pochwała przyjaźni. Zaintrygowało mnie to, tym bardziej, że na temat tego eseju bardzo ciepło wypowiedziała się na łamach Gazety Wyborczej prof. Magdalena Środa. Nasuwa mi się pytanie - czym jest przyjaźń, o której Pan pisał? Pytam, bo spotykam tyle różnych definicji, określeń tego co oznacza to słowo. Dodatkowo można spotkać się z określeniem "prawdziwa przyjaźń" co sugeruje, że wiele osób miało styczność z tym co za nią jedynie uchodziło, a co w praktyce życia okazało się nią nie być. Jak się domyślam, było to dla nich wtedy bolesnym rozczarowaniem.

[MH]: Jeśli w pierwszym zdaniu powiem, czym jest „prawdziwa przyjaźń”, nasza dalsza rozmowa nie będzie miała wiele sensu. Pozostanie już tylko iść i się przyjaźnić… A tak na poważnie: jako filozof powinienem lubić definicje, ale zawsze miałem z tym pewien problem. Do tego nie bardzo wierzę w rzeczy „prawdziwe” – prawdziwą religijność (w odróżnieniu od fasadowej), prawdziwą wolność (w odróżnieniu od pozornej, konsumpcyjnej) itp. Filozoficznie bliski mi jest raczej pewnego rodzaju nominalizm (którego mistrzami byli Nietzsche i Foucault) – rzeczy nie mają swojej prawdziwej istoty, są wszystkim tym, czym zdążyły się stać w przypadkowych, chaotycznych procesach historycznych, w najróżniejszych kontekstach i układach sił. Przyjaźń nie stanowi tu wyjątku. Gdy rzucimy okiem na historię użycia tego słowa, a także na historię samych praktyk określanych mianem przyjaźni, ujrzymy olbrzymie bogactwo znaczeń, niedających się sprowadzić do żadnego wspólnego mianownika, a nieraz wzajemnie się wykluczających. Jedni myśliciele i moraliści ujmowali ją jako prywatną relację między jednostkami, inni – jako podstawowe spoiwo życia społecznego, jeszcze inni zaś – jako zjawisko o proporcjach bez mała kosmicznych. Niektórzy przeciwstawiali związki przyjaźni relacjom rodzinnym i plemiennym, ale byli i tacy, co nie dostrzegali tu żadnej nieciągłości. Jedni sądzili, że przyjaźń łączy „podobne z podobnym”, drudzy – że jest rodzajem „przyciągania się przeciwieństw”. I tak dalej. Również same praktyki przyjaźni przybierały najróżniejsze formy – od zażyłości łączącej wojowników na wspólnej wyprawie aż do relacji tak sentymentalnych i afektowanych, że na granicy emocjonalnego kiczu. Wszelkie jednoznaczne i ostateczne definicje siłą rzeczy redukują tę różnorodność, a to właśnie w niej, tkwi „prawda” (jeśli w ogóle chcemy używać tego pojęcia). 

            Z drugiej strony w samym eseju wielowiekowa historia pojęcia i praktyk przyjaźni stanowi jedynie tło. Skupiam się w nim przede wszystkim na naszej współczesności i próbuję zastanowić się nad tym, dlaczego w porównaniu z innymi epokami (zwłaszcza z epoką starożytną, ale nie tylko) przywiązujemy do przyjaźni tak małą wagę. Co jest przyczyną upadku, a w każdym razie kryzysu kultury przyjaźni? Gdy przyjrzymy się dominującym formom wspólnego życia ludzi w świecie współczesnym (taki był wszak konkursowy temat: „Pomyśleć wspólnotę”), dostrzeżemy pracę, rodzinę i naród. Cały mój wywód w Pochwale przyjaźni opiera się na przekonaniu, że szczelne zamknięcie jednostek w tym trójkącie jest bardzo szkodliwe zarówno dla nich samych, jak i dla społeczeństw, które tworzą. Że trzeba jakoś otworzyć ten układ albo przynajmniej wpuścić do niego coś jeszcze, jakiś inny żywioł. Dlaczego akurat przyjaźń? Nie ze względu na jej domniemaną „istotę”, ale dlatego, że przynajmniej w niektórych historycznych, społecznych i psychologicznych kontekstach miała ona i miewa pewne cechy, które mogłyby, jak sądzę, uczynić nasze wspólne życie lepszym…

[GAB]: Lepszym? Myślę, że tak. Obserwuję  niejednokrotnie u ludzi swego rodzaju głód, tęsknotę za czymś jeszcze.  Za czymś, czego brak w tzw. „miłości romantycznej”, za czymś czego nie oferuje  funkcjonowanie w rodzinie określanej jako „nuklearna”. A co przeplatane jest pracą, często naznaczoną ostrą konkurencją, walką oraz uczestniczeniem w ciągle jeszcze żywej i przeżywającej swoisty renesans formule państwa narodowego. Istotnie, stanowi to swego rodzaju „trójkąt” jak Pan to zauważa. Czy Pana zdaniem warto dołożyć do niego czwarty element? Być może część ludzi stwierdzi, że brak w tym Boga? A część dostrzegać będzie zapewne coś jeszcze innego? Tylko czy nie będzie to zastąpienie tego przysłowiowego „trójkąta”, „kwadratem”, „pięciokątem” itd.? Oczywiście można zabiegać o idealne życie, choć myślę, że realniejsze jest to, by było ono choćby trochę lepsze, pełniejsze od dotychczasowego. Może istotnie tą szczyptą „lepszego”, będzie przyjaźń? Jakie dostrzega  Pan szanse dla przyjaźni w codziennym, czasem nacechowanym rutyną, czasem nudą, ludzkim funkcjonowaniu? Co ona może wnieść do tego "układu", by uczynić go lepszym? Nie by burzyć aktualne - zastane, a ubogacić je. A przez to ludzkie życie uczynić choćby trochę bardziej satysfakcjonującym, trochę bardziej szczęśliwym? Może to naiwne co powiem, ale według mnie to szczęśliwi ludzie tworzą szczęśliwe społeczeństwa.

[MH]: Cóż, koniec końców oczywiście chodzi o to, żeby żyć lepiej, pełniej, intensywniej czy po prostu szczęśliwiej. Przyjaźń jest jednym z koniecznych warunków takiego życia. O tym przeczytać można jednak w poradnikach i w kolorowych pismach. Żeby była jasność: nie mam nic przeciw kolorowym pismom. W pewnym sensie przejęły one rolę, którą w starożytności pełniła filozofia, a przynajmniej filozofia pewnego typu, rozumiana jako życiowe poradnictwo, ta o której opowiadał Foucault w Hermeneutyce podmiotu, ucząca nas, jak „troszczyć się o siebie”. Czy owo starożytne, filozoficzne poradnictwo było głębsze od tego, co oferuje dzisiejszy dyskurs popularnej psychologii? Nie sądzę. W pewnym sensie było nawet płytsze. Wszystkie te rozważania na temat tego, co jeść i na którym boku spać… Pojawia się więc pytanie: na co komu filozof? W szczególności: co myśl filozoficzna może wnieść do naszego rozumienia i naszych praktyk przyjaźni? W moim przekonaniu filozof, który dzisiaj chce prawić „zwykłemu człowiekowi” mądrości w rodzaju: przyjaźń jest koniczna do tego, by być szczęśliwym, naraża się na śmieszność, ale też jest figurą zbędną. Ludzie zasadniczo wiedzą takie rzeczy, a w każdym razie nie potrzebują filozofów, żeby im o tym przypominali. Jest jednak coś, do czego filozof wciąż chyba się przydaje, i to właśnie o tyle, o ile porzuca śmieszną i fałszywą rolę, maskę mędrca. Tym, co łączy psychologiczne poradniki i tzw. kolorową prasę, jest brak perspektywy historycznej i osadzenia omawianych problemów w szerszym kontekście społecznym. Koncentrują się one na tu i teraz, na doraźnych potrzebach jednostek próbujących uczynić swoje życie bardziej znośnym. Filozof może natomiast, czyniąc użytek z tego, co Nietzsche nazywał zmysłem historycznym, a także z diagnozy długofalowych procesów społecznych, zwrócić uwagę na sprawy często uznawane za „abstrakcyjne” albo „ideologiczne”, a w rzeczywistości mające ogromne znaczenie dla praktyki. Na przykład na pytanie o model rodziny inny niż mieszczańska rodzina „nuklearna”. Albo na problem kapitalizmu jako ogólnej (nie tylko ściśle ekonomicznej, ale też społecznej i kulturowej) ramy, w której funkcjonujemy. Czy nasze prywatne poszukiwanie szczęścia nie powinno być częścią większej, szerszej walki o świat wolny od wyzysku, przemocy i ksenofobii, nawet jeśli widmo takiego świata majaczy na horyzoncie naszej współczesności coraz mniej wyraźnie? Jaką rolę tworzenie związków przyjaźni mogłoby odgrywać w tej walce? Za przyjęcie podobnej (tyleż filozoficznej, co politycznej) perspektywy płaci się jednak pewną cenę. Gdzieś ulatnia się optymizm i łatwość mówienia o „szczęściu” i „lepszym życiu” na wyciągnięcie ręki. W Pochwale przyjaźni staram się nie popadać w katastroficzny ton, a jednak od czasu do czasu on przecież przebija. Patrząc na to, w jaką stronę zmierza świat, trzeba chyba stwierdzić, że odrodzenie kultury przyjaźni to kwestia bardzo odległej i raczej mało prawdopodobnej przyszłości. Dużo bardziej prawdopodobne wydaje się brnięcie globalnej populacji w ślepy zaułek neoliberalnej polityki walki wszystkich ze wszystkimi, a w dalszej (choć może nie tak dalekiej, jak to widać po wyniku wyborów prezydenckich w USA) nadejście epoki nowych faszyzmów, wojen klimatycznych itp.

[GAB]: Istotnie to jeden z możliwych scenariuszy. Zastanawiam się jednak, czy właśnie przyjaźń nie jest czymś najlepszym, co przydarza się ludziom lub jedną z takich rzeczy? Z tej perspektywy to, co Pan delikatnie proponuje, czy też otwarcie rozważa, wydaje się bardzo interesujące. To, by pewne cechy przyjaźni przeniknęły do rodzin, pracy, w której spędzamy większą część świadomego życia, do społeczeństwa traktowanego obecnie coraz bardziej jako tło do oderwanego od niego życia jednostek, czy hermetycznych grup interesów. Wreszcie przyrody, która wciąż eksploatowana jest ponad miarę, rabunkowo – wrogo, nie po przyjacielsku. Historia pokazuje próby „uprzyjaźniania” całych społeczeństw, gdy pojawiały się takie zbliżone znaczeniowo do „przyjaźni” terminy jak choćby „braterstwo”, „wspólnota”, czy „kolektyw”.  Zastanawiam się, czy komuś to się choć trochę udało, czy udaje? Do głowy przychodzi mi na przykład Edward Abramowski psycholog - jeden z założycieli i pierwszy prezes Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, ale i socjolog, wolnomularz, jeden z ideologów kooperatywizmu i spółdzielczości. W swoich pismach ukazywał on konieczność "rewitalizacji przyjaźni", którą uznawał za jeden z fundamentów wspólnoty.  Czy można wziąć to jako przykład – choćby w wybranych elementach? Przykład do stosowania, zamiast kolejnego, społecznego eksperymentu?  A może zmuszeni jesteśmy do ciągłego szukania nowych rozwiązań? Już nawet nie po to, by żyło się lepiej, ale by zwyczajnie przetrwać – nie wyginąć. Powiem szczerze, że niepokoją mnie „narodowe priorytety” jakie ostatnio słychać z ust polityków na świecie. Zupełnie tak jakby te państwa żyły w oderwaniu od świata, niczym ogrodzone murem osiedla. Gdzie za ich murami są bloki z klatkami schodowymi, oczywiście z domofonami i mieszkania za antywłamaniowymi drzwiami. A tam nierzadko każdy z członków rodziny siedzi w osobnym pokoju przy zamkniętych drzwiach, mając „wielu przyjaciół” na jednym ze społecznościowych portali. Pachnie to nierzadko wyobcowaniem, samotnością i izolacją.

[MH]: Poruszył Pan kwestię dla przyjaźni moim zdaniem fundamentalną, a mianowicie problem bliskości i dystansu. W samym eseju skupiłem się na tym aspekcie przyjaźni, który odróżnia ją od „posesywnej” miłości i wiąże się właśnie z pewnego rodzaju dystansem, wynikającym z poszanowania granic, uznania autonomii innego. Ma ona jednak, rzecz jasna, także inny wymiar, związany dla odmiany z bliskością. To on czyni z przyjaźni coś więcej niż zwykłą „znajomość”, sprawia, że ona również jest silną więzią afektywną, choć różną od miłosnej. Długo by mówić o rozmaitych formach alienacji we współczesnych, późnokapitalistycznych społeczeństwach,  tzw. grodzone osiedla to tylko jedna z nich (na naszym, polskim podwórku być może szczególnie mocno, karykaturalnie wręcz obecna) – z całą pewnością nie sprzyjają one rozwojowi kultury przyjaźni, często uniemożliwiają wręcz samo spotkanie, będące jego wstępnym warunkiem. Przestrzeń organizowana jest tak, by nie mogło w niej dojść do spotkania, które jest nieprzewidywalne i obarczone ryzykiem. Spotykamy się tylko z tymi, którzy mają kod dostępu do wydzielonego fragmentu zajmowanej przez nas przestrzeni (raz jeszcze: nie chodzi wyłącznie o  kwestie urbanistyczne, na uniwersytecie zanika na przykład instytucja „wolnego słuchacza” – niedługo tylko osoby zarejestrowane w elektronicznym systemie będą miały wstęp do sal wykładowych). Pozostaje jednak pytanie, jakiego rodzaju bliskość wchodzi tutaj w grę. Czy przyjaźń zawsze musi się wiązać z fizyczną obecnością? Ostatecznie historia praktyk przyjaźni pełna jest przykładów silnych afektywnych relacji zawiązywanych i utrzymujących się pomimo odległości – przyjaźni epistolarnych itp. Nawet ludzie, którzy nigdy fizycznie się nie spotkali, mogą być przyjaciółmi. Dlatego byłbym ostrożny z formułowaniem bardzo jednoznacznych sądów na temat rzeczywistości Internetu, portali społecznościowych i nowych wirtualnych technologii. Z jednej strony facebookowy znajomy/friend najczęściej jest właśnie znajomym, a nie przyjacielem, a aktywność w sieci niekoniecznie zapobiega poczuciu samotności czy izolacji. Z drugiej strony – czy odpowiada za to sam „wirtualny” charakter tej rzeczywistości? Być może w grę wchodzą tu jeszcze inne czynniki, powiązane z rewolucją informatyczną, ale niekoniecznie będące jej prostymi, bezpośrednimi skutkami. Na przykład swoisty narcyzm, wyraźnie obecny w kulturze portali społecznościowych. W eseju trochę „zbyłem” tę kwestię, skupiając się na neurozie jako głównej przeszkodzie w kultywowaniu związków przyjaźni. Nasza kultura jest jednak także w coraz większym stopniu kulturą narcyzmu. Z problemem bliskości wiąże się także kwestia seksualności i erotyki. Pewnie jeszcze o tym porozmawiamy, bo to Pańska „działka” (poliamoria, konsensualne związki niemonogamiczne)...

Co do historycznych przykładów czy wzorców, nie wydaje mi się, żebyśmy mogli iść bezkrytycznie za którymkolwiek z nich, zwłaszcza tam, gdzie, jak Pan to ujął, w grę wchodziło „uprzyjaźnianie całych społeczeństw”. Znamy wszak z historii przypadki swoistego „terroru przyjaźni” (Saint-Just)… Koniec końców myślę, że jesteśmy zdani na eksperymentowanie, ale wynika to również stąd, że musimy coraz wyżej stawiać poprzeczkę. W szczególności wyżej niż Grecy, dla których przyjaźń była możliwa jeśli nie wyłącznie, to na pewno przede wszystkim między mężczyznami. Co nie znaczy, że pewnych rzeczy od Greków nie możemy się nauczyć, tak samo jak od kontrkultury, której skądinąd chciałem złożyć w swojej książeczce skromny hołd.

[GAB]: Podobnie to postrzegam. Myślę, że czerpać można i od starożytnych myślicieli i od bardziej nam współczesnych. Myślę też, że bezcenne są nowe idee i własne poszukiwania. Zresztą przecież tak powstało to, co dziś uważa się za "stare", "tradycyjne". Przecież kiedyś było tym, co "nowe",  było czyimś odosobnionym namysłem i praktyką, czy też kontrkulturą. W naszej rozmowie zastały wymienione już pewne cechy przyjaźni: bliskość, autonomia są niewątpliwie ważne. Jest moim zdaniem jeszcze kilka innych, koniecznych, choć zapewne niewystarczających, by taką relację określić jako przyjaźń. Mam tu na myśli choćby zaufanie. Zastanawiam się, czy nie jest to obecnie jeden z najpoważniejszych niedostatków relacji międzyludzkich, czy to na poziomie jednostki, pary, grupy, czy społeczeństwa? Stąd pytanie - jak sobie bardziej ufać? Związane jest to z kolejną cechą przyjaźni, za którą uważam "wzajemny wybór osób". Przyjaciół, w przeciwieństwie do "rodziny po krwi", wybieramy. Dalej jest nią według mnie "wzajemne poznanie" - potwierdza to często praktyka życia. Nierzadko przyjaciel czy przyjaciółka wie o nas więcej niż członkowie rodziny, nasz partner, czy partnerka. Co więcej(!), akceptuje to kim i jacy jesteśmy, bo gdyby tej akceptacji nie było, zapewne nie byłoby i tej przyjaźni. Poruszył Pan temat konsensualnej niemonogamii.  Jednak jest to tak obszerny temat, dodatkowo obarczony fałszywymi wyobrażeniami, mitami, że jeśli chcielibyśmy go merytorycznie omówić, to z naszej rozmowy powstałaby książka. Na marginesie, zaintrygowała mnie Pana rozmowa w TokFm z listopada 2016 roku, z red. Tomaszem Stawiszyńskim, m.in. wątek o poliamorii. Może jestem nazbyt konserwatywny (mimo wszystko), a może jestem realistą i wg mnie poliamoria nie ma realnych szans w dającej się przewidzieć (mi przynajmniej) przyszłości na zajęcie miejsca monogamii. Tą oczekiwaną przez część ludzi "rewolucją" nie będzie wg mnie poliamoria. Dlaczego?  Bo wg swoich założeń poliamoria (o ile ją dobrze rozumiem) nie aspiruje do tego, chcąc pozostać jedną z
możliwych formuł bliskich relacji międzyludzkich. Pewnym spotykanym czasami jej mankamentem (to moje obserwacje, ale nie reguła) jest, tak jak i w przypadku części relacji monogamicznych, idea "miłości romantycznej". Ta pozbawiona przyjaźni lub przynajmniej jej elementów odbija się przysłowiową czkawką kochankom, na przykład wtedy, gdy namiętność zaczyna przygasać. Bo cóż tych ludzi wtedy jeszcze może ze sobą zespalać? Kredyt, dzieci, strach, wstyd, wyznanie, bycie ze sobą dla samego bycia? To często niewystarczające motywacje, sądząc po liczbie rozstań, rozwodów, czy odczuwanej niskiej satysfakcji ze związku. A dlaczego to nie przyjaźń ma być jednym z takich „lepiszczy”? Pochwała przyjaźni(?), za tytułem Pana eseju, za cytowaną przez Pana, a dotyczącą przyjaźni myślą Nietzschego? Moim zdaniem jak najbardziej, oprócz efektywnej, a nie jedynie „efektownej” komunikacji, przyjaźń stanowić może bardzo często ważną składową udanych, bliskich relacji. Wspominał Pan o kontrkulturze, z tej perspektywy bardzo ciekawy jest Manifest autorstwa Andie Nordgren dotyczący Relationships Anarchy (w wolnym tłumaczeniu Anarchii Relacyjnej). I tu skończę, bo jak wspominałem temat jest bardzo obszerny. Myślę, że aspektu seksualności, erotyzmu nie można w naszej rozmowie o przyjaźni zabraknąć, ale i aspektu miłości. Zauważyłem, że obecnie, tu w Polsce przyjaźń najczęściej oddzielana jest od tych dwóch pojęć - seksu i miłości. Dominująca formuła w bliskich  kontaktach międzyludzkich diada (para) - mająca umocowanie w zwyczajach, prawie, edukacji - zakłada dwie wyłączności: "seksualną"i "miłosną". Stąd i współczesny termin przyjaźni najczęściej tak jest właśnie rozumiany i często oddzielany od miłości. Również i z powodu homofobii - szczególnie jeśli to przyjaźń między mężczyznami. Co z mojego punktu widzenia jest choćby nielogiczne, bo możliwa jest przecież miłość bez seksu, jak i seks bez miłości. Stąd w szczerych rozmowach okazuje się, że np. wielu mężczyzn czuje, że kocha swoich przyjaciół, a jedynie im o tym nie mówi. Należę do osób, które przyjaźń uważają za rodzaj miłości. Ja na przykład swoim przyjaciołom, niezależnie od ich płci, mówię, że ich kocham, bo tak właśnie to czuję i tak rozumiem przyjaźń. W przypadku osób tej samej płci, ale i tej odmiennej współcześni ludzie radzą sobie czasami dzięki przyjaźni deklaratywnie oddzielonej od miłości, czy pojęciu "miłości platonicznej". Na to jest już pewne przyzwolenie, takie "platoniczne kocham cię" - uchodzi. Warto jeszcze zauważyć, że w przyjaźni, w przeciwieństwie do "miłości romantycznej" w diadach (parach), nie ma mowy o wyłączności. Można być i zazwyczaj jest się w więcej niż jednej przyjaźni jednocześnie. Na marginesie jeśli zagłębić się w myśl platońską wcale nie jest to takie oczywiste, że miłość pozbawiona była w rozumieniu Platona aspektu cielesnego, czy nawet seksualnego. Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę. Zauważmy, że między współczesnymi, polskimi, mężczyznami kontakt cielesny ogranicza się najczęściej do uścisku dłoni, względnie poklepania po plecach. "Broń Boże" przytulić faceta! Ciekaw jestem, czy Pana zdaniem jest miejsce we "współczesnej przyjaźni" - tu w  Polsce w roku 2017 - na miłość, seks i choćby więcej - okazywanej dotykiem - serdeczności? Czyżby ciała kalały przyjaźń, czyżby seks i miłość ją wykluczały? Może rację ma ogół, a może tych „kilka” osób, które sądzą inaczej? Choć przyznam, że w uniwersalne formuły dla wszystkich nie wierzę.

[MH]: Co do tzw. miłości platonicznej, to o ile ma ona znaczyć miłość wypraną z wszelkiego odniesienia do cielesności, jej związek z wizją miłości u samego Platona jest niewielki. Oczywiście, koniec końców chodzi mu o to, że powinniśmy wznieść się od miłości cielesnej do umiłowania Piękna Samego w Sobie albo Idei Piękna, jednak międzyludzkim, by tak rzec, punktem wyjścia tego procesu jest właśnie erotyka, i to taka, która z punktu widzenia współczesnej moralności mieszczańskiej musi jawić się jako co najmniej kontrowersyjna. Tak pół-żartem (ale tylko pół-) można powiedzieć, że dla Platona miłość jest nie tylko przesycona pierwiastkiem erosa, lecz ma przede charakter wszystkim homo-erotyczny, a w dodatku zawiązuje się między dojrzałym mężczyzną a dorastającym chłopcem, dążąc, w dalszej perspektywie, do relacji w trójkącie (uczeń-nauczyciel-Idea). Jeśli prawda jest istotą żeńską, to mamy tu do czynienia z biseksualnym ménage à trois – w każdym razie nie z ascetycznym wyrzeczeniem w imię czystości…

            Jeśli przyjrzymy się rozmaitym formom współżycia ludzi zarówno na przestrzeni dziejów, jak i w rozproszeniu geograficznym i kulturowym, dostrzeżemy, że  erotyka, miłość i przyjaźń tworzą bardzo różne i wciąż (nawet jeśli w dość powolnym tempie) zmieniające się sploty czy konstelacje. To elementy, które mogą (jak przyjaźń i eros w starożytnej Grecji) zbliżać się do siebie, by potem się od siebie oddalić, a wejść w sąsiedztwo innych. Ostatecznie jednak zawsze tworzą pewien złożony układ. W Pochwale przyjaźni próbowałem bliżej przyjrzeć się splotowi nowoczesnemu, w którym erotyka – a nawet w ogóle cielesna forma kontaktu – wydaje się odseparowana od przyjaźni, za to ściśle związana z romantyczną miłością jako spoiwem heteroseksualnej pary (małżeńskiej bądź nie, to nie ma wielkiego znaczenia). Separacja ta nie jest jednak oczywiście zupełna. Na pewno różnie wygląda to w przypadku kobiet i mężczyzn. W zasadniczo patriarchalnych i homofobicznych społeczeństwach, w których żyjemy, z jakichś powodów istnieje większe przyzwolenie na fizyczny kontakt między kobietami-przyjaciółkami (od chodzenia za rękę po bardziej „dwuznaczne” pieszczoty). Dla męskiej przyjaźni także rezerwuje się jednak pewien repertuar cielesnych gestów, takich jak właśnie poklepywanie się po ramieniu itp. Oczywiście zażyłość między mężczyznami naznaczona jest większą ambiwalencją i lękiem przed „przekroczeniem granicy”, posądzeniem o skłonności homoseksualne – stąd podlega silniejszej rytualizacji i często towarzyszą jej, jak w rytuałach „męskiej szatni”, obowiązkowe homofobiczne (ale skądinąd przeplatające się z symulowanymi gestami homoerotycznymi) zaklęcia. Tak czy inaczej, element cielesny nigdy do końca nie znika. Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że sama cielesność zmienia swój sens i funkcjonuje zgodnie z różnymi społecznymi, historycznymi i kulturowymi kodami. Jeśli w świecie nowoczesnym i współczesnym słabnie związek między przyjaźnią a erotyką, to powiązanie cielesnej namiętności z romantyczną, monogamiczną miłością oznacza jednocześnie wpisanie samej cielesności w inny reżim, którego słowo „erotyka” nie opisuje już w sposób adekwatny. Mam na myśli porządek seksualności/pragnienia, który eksploruje psychoanaliza. Człowiek nowoczesny nie jest już człowiekiem erotycznym (w greckim sensie erosa), lecz człowiekiem pragnienia. Miłość wiąże się z będącą korelatem pragnienia seksualnością, a nie z erotyką. Być może zatem – choć myśl tę rzucam jedynie „na przynętę”, nie potrafiąc jej tu w żaden sposób skonkretyzować – zadanie polegałoby na poluzowaniu uścisku, w jakim trzyma nas neurotyczne pragnienie i ponownym powiązaniu przyjaźni z cielesnością funkcjonującą w jakimś innym kodzie,  na przykład w znaczeniu, które mógł mieć na myśli Foucault, gdy mówił o „ciałach i przyjemnościach” jako tym, co przeciwstawia się „urządzeniu seksualności”. Był to skądinąd wielki spór między Foucaultem i Deleuzem – pragnienie czy przyjemność…

[GAB]: Obszerny temat - przyjaźń, a z tak dużym potencjałem dla praktyki życia i choćby poczucia szczęścia. Przyznam, że mam podobne do Pana refleksje, obserwacje na jej temat. Odniosłem wrażenie, czytając tekst, że żałuje Pan tego, że Foucault nie zdążył zająć się przyjaźnią, na tyle dogłębnie co seksualnością? Przyznam się, że brakuje mi takiego właśnie studium tego zjawiska. Może Pan kiedyś się nad nią pochyli w swojej naukowej pracy? Bo temat jest i niezwykle ciekawy i ma wymiar bardzo praktyczny - możliwość poprawy, ubogacenia ludzkiego życia. Dzięki wiedzy, dzięki skłanianiu czytelników do refleksji, dzięki poszerzaniu ich perspektywy. Ze swojej strony gorąco do tego zachęcam! Jako przedsmak tego, chciałbym zaprosić czytelniczki i czytelników do lektury Pana eseju Pochwała przyjaźni, który właśnie ukazał się rynku wydawniczym.

[MH]: Tak, ktoś kiedyś powinien napisać historię przyjaźni nie ustępującą historiom pisanym przez Foucaulta – historii seksualności, ale także historii szaleństwa, formacji dyskursywnych, sposobów upodmiotowienia itp. Sam Foucault wiele z tych historii opracował pod wpływem Nietzschego. A ściślej rzecz biorąc – pewnych uwag, rzucanych tu i ówdzie przez autora Zaratustry i brzmiących najczęściej właśnie tak: „ktoś kiedyś powinien…”. W pewnym dość późnym, właściwie udzielonym krótko przed śmiercią wywiadzie, który przywołałem na początku eseju, Foucault rzuca podobną przynętę, mówiąc właśnie o przyjaźni, o tym, że jest to temat, którym należałoby się zająć. Cóż, jedno jest pewne: jeśli kiedykolwiek podejmę to wyzwanie, rezultat nie będzie się równał z tym, jakiego można by się spodziewać po Foucaulcie. Poza wszystkim innym potrzeba by tu kogoś o porównywalnym zacięciu „archiwistycznym”, kogoś, kogo nie odstrasza kurz bibliotek i starych, zapomnianych dokumentów. Kto potrafi z nimi pracować. Nie jestem pewien, czy jestem kimś takim. Esej to coś zupełnie innego niż wyczerpujące opracowanie historyczne, które – jeśli miałoby być rzeczywiście wierne duchowi Foucaulta –musiałoby być też osadzone w mocnej i oryginalnej ramie teoretycznej.

[GAB]: Bardzo dziękuję za niezwykle interesującą rozmowę! Na zakończenie, którą z myśli o przyjaźni chciałby Pan zakończyć naszą rozmowę?

[MH]: Może lepiej nie wypowiadajmy ostatniego słowa w kwestii przyjaźni …

2 komentarzy

  • Link do komentarza Andrzej Andrzej niedziela, 05 luty 2017 15:20

    Gratulacje.Swietny wywiad,a właściwie jak dla mnie polemika.

    Raportuj
  • Link do komentarza Tadek Tadek niedziela, 05 luty 2017 12:13

    Doskonały wywiad. Wybitnie intelektualny i mądry. Gratulacje dla calej redakcji. Jesteście coraz lepsi.

    Raportuj

Skomentuj

Upewnij się, że uzupełnisz wszystkie pola oznaczone gwiazdką (*). Możesz używać podstawowych znaczników html.

My na Facebooku

Subskrybuj nasz newsletter

Chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się w polskiej i nie tylko masonerii? Zapisz się na newsletter.

Najczęściej czytane

Wielki Wschód Polski 1910-18

13 Lis 2015 historia masonerii

Masoneria Liberalna

08 Lis 2015 masonopedia

Kuba Puchan - To był zamach! -

08 Gru 2016 Z zycia loz RP