Jul 17, 2019 Last Updated 9:01 PM, Feb 20, 2019

G. Andrzejczyk - Bruno. Bioety…

Od Redakcji - nie sposób w krótkim teście opowiedzieć o jakieś dzi...

Adam Witold Wysocki nie żyje

Płaczmy, płaczmy, płaczmy lecz nie traćmy nadziei. Wolnomularstwo Polskie, a sz...

O masonerii we Wrocławiu

Zapraszamy na spotkanie z wolnomularzem, członkiem jednej z polskich lóż...

Brat Jan Józef Lipski: Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy

Brat Jan Józef Lipski

Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy

Uwagi o megalomanii narodowej i ksenofobii Polaków

Otwarta Rzeczpospolita

Całość do pobrania: http://otwarta.org/wp-content/uploads/2011/11/J-Lipski-Dwie-ojczyzny-dwa-patriotyzmy-lekkie3.pdf

Ojczyzna istnieje tylko wtedy, gdy istnieje też obczyzna; nie ma „swoich”, gdy nie ma „obcych”. Od stosunku do „obcych” bardziej niż od stosunku do „swoich” zależy kształt patriotyzmu. Jest w tym zawsze coś paradoksalnego, że miłość do kraju i do własnego narodu określana być może dopiero przez stosunek do innych krajów i innych narodów, lecz jest to paradoks właściwy wszelkiemu myślowemu i uczuciowemu wyodrębnianiu. Kto to są „swoi” - a kto „obcy”? Czym się różni „mój” kraj - od nie mojego? Mój naród - od nie mojego? Nie chodzi w tych pytaniach o jakieś treści opisowe: że my mówimy po polsku, a „oni” w innych językach; że żyjemy, na przykład, w innej strukturze kulturalnej niż „oni” - bo przyjęliśmy chrześcijaństwo w X wieku z Zachodu, bo z Zachodu przyszedł do nas renesans, oświecenie, romantyzm, bo - nawet jeśli ktoś z nas uważa, że największym poetą, jakiego ludzkość wydała, jest Goethe, Dante lub Shakespeare - to jednak Mickiewicz i Słowacki jakoś inaczej tkwią w nas (czy my w nich), bo wrosły nam chyba już na zawsze w narodową pamięć lata niewoli i walki o wolność - i tak dalej, i tak dalej; że nawet, być może (choć to sporne), cechuje nas w większości coś takiego, jak polski charakter narodowy.

Rzecz nie w stwierdzeniach opisowych, a w wartościach i ocenach: czy uważamy się za lepszych - czy tylko za innych, czy sądzimy, że w tej inności jest jakaś szczególna wartość (i jaka?), czy uważamy, że przysługują nam z jakiegoś tytułu szczególne prawa i przywileje, a może obowiązki. Zależnie od odpowiedzi na te pytania wyznajemy różne patriotyzmy. W skrajnych wypadkach należymy właściwie do różnych ojczyzn - jeśli ojczyzna to przede wszystkim dobra duchowe i wartości, a nie tylko fakt takiej, a nie innej przynależności etnicznej. Świat wartości, z którego perspektywy trzeba spojrzeć na zagadnienie ojczyzny, to przede wszystkim, choć nie wyłącznie, świat wartości moralnych. Pojęcia etyczne naszego kręgu kulturowego zostały ukształtowane głównie przez chrześcijaństwo. Wierzących i niewierzących - uformował nas nakaz miłości bliźniego, podstawowy drogowskaz moralny naszej kultury. Nie chciałbym przez to odbierać wagi dorobkowi moralnemu innych religii i światopoglądów.

[…]

Sądzę, że szowinizm, megalomania narodowa, ksenofobia, czyli nienawiść do wszystkiego, co obce, egoizm narodowy - nie dadzą się pogodzić z chrześcijańskim nakazem miłości bliźniego. W przypadku patriotyzmu natomiast jest to możliwe. Tak jak szczególna miłość w rodzinie nie musi i nie powinna przeszkadzać miłości bliźniego, tak i umiłowanie wspólnoty narodowej winno być podporządkowane tej samej nadrzędnej normie moralnej. Patriotyzm jest z miłości - i do miłości ma prowadzić, jakakolwiek inna jego forma jest deformacją etyczną. „Miłość do wszystkiego co polskie” - to częsta formuła narodowej, „patriotycznej” głupoty. Bo „polski” był przecież i ONR, i pogromy we Lwowie, Przytyku i Kielcach, i getto ławkowe, i pacyfikacje wsi ukraińskich, i Brześć, i Bereza, i obóz w Jabłonnie w 1920 roku - by poprzestać na dwudziestu zaledwie latach naszej historii. Patriotyzm to nie tylko szacunek i miłość do tradycji, lecz również nieubłagana selekcja elementów tej tradycji, obowiązek intelektualnego wysiłku. Wina za fałszywą ocenę przeszłości, za utrwalanie fałszywych moralnie mitów narodowych, za służące megalomanii narodowej przemilczanie ciemnych plam własnej historii jest zapewne mniejsza z moralnego punktu widzenia niż wyrządzanie zła bliźnim, lecz przecież jest źródłem dzisiejszego zła i zła przyszłego.

[…]

Strzeżmy się i podejrzliwie patrzmy na każdą nową kampanię „patriotyzmu” - jeśli jest bezkrytycznym powielaniem ulubionych sloganów megalomanii narodowej. Za frazeologią i rekwizytornią miłą przeważnie Polakowi - czają się najczęściej cyniczni socjotechnicy, którzy patrzą, czy ryba bierze - na ułańskie czako, na husarskie skrzydło, na powstańczą panterkę. „I jest to coś na kształt bagniska: / Traf tam, a coraz głębiej wciska” - pisze Miłosz w Traktacie moralnym. Ojczyźniano-patriotycznej frazeologii w prasie oficjalnej towarzyszy od wielu już lat nagonka na tych, którzy ośmielają się psuć malowanki i panoramki dla głuptasków.

[…]

Ksenofobia i megalomania narodowa wzajemnie się żywią i wspierają. Wiemy, ile wycierpiała Polska od Rosjan i Niemców - co nie usprawiedliwia przekraczania granic głupoty i nienawiści w stosunku do tych narodów; głupotą i nienawiścią człowiek i naród sam sobie szkodzi. Sfaszyzowani Ukraińcy dali się nam we znaki w latach czterdziestych - tu jednak nawet rachunek krzywd i win jest już inny niż z Niemcami, co jednak w potocznej świadomości polskiej nie pomaga Ukraińcom. Ale czemu tak często Polak pogardza Czechem („Pepiczkiem”)? Tu widać, jak splatają się ze sobą ksenofobia i zidiocenie, by zgodnie doprowadzić w sierpniu 1968 roku niektórych naszych rodaków do wewnętrznego przyzwolenia na to, co było zarówno przeciwne zasadom moralności, jak i naszym narodowym interesom - do przyzwolenia na inwazję w Czechosłowacji.

[…]

Historia winna być wrotami w przyszłość. Co chcemy wybrać jako symbole dla przyszłości: Grunwald - czy Legnicę, gdzie Polacy i Niemcy stanęli razem na drodze tumanom (dziś powiedzielibyśmy: dywizjom konnym) Batu - chana? Grunwald pozostanie oczywiście na zawsze w pamięci narodowej - ale czy ma to być tylko Grunwald? Czy w naszej świadomości ma dominować pamięć o niszczeniu polskiej kultury przez hitlerowców podczas II wojny światowej, czy o jej wzbogacaniu przez Wita Stwosza i setki mniej znakomitych artystów? Czy z Oświęcimia chcemy zapamiętać tylko Niemców–oprawców, czy też i tych Niemców - choć była ich garstka - którzy nie tylko jako więźniowie, ale też jako członkowie załogi obozu walczyli ze złem? (Pisze o tym w swej źródłowej, wydanej przed kilkunastu laty w Londynie pracy Oświęcim walczący emigracyjny pisarz i historyk Józef Garliński - a celnicy polscy odbierają tę książkę na granicy). Czy Niemcami mają być w naszej świadomości tylko gestapowcy i esesmani? Czy Niemcami nie byli także bohaterowie z organizacji Weisse Rose z Monachium, podejmujący w samym jądrze ciemności najtrudniejszą z walk: walkę przeciw „swoim” w czasie toczącej się wojny?

Weisse Rose to była grupa prawdziwych chrześcijan, którzy szaleńczym czynem - takim, na jaki było ich stać - zaświadczyli, że inaczej niż większość ich rodaków w owych latach byli chrześcijanami nie tylko z nazwy, że gotowi byli przyjąć męczeństwo, by dać świadectwo prawdzie i dobru. Pamięć o nich - choć bezpośrednio nic z Polską nie mieli wspólnego - powinna być i u nas żywa: po pierwsze właśnie dlatego, że są to Niemcy, ludzie należący do tego samego narodu, co mordercy milionów podczas II wojny światowej; po drugie, by uświadomić nam dyrektywę etyczną głoszącą, że gdy własny naród i własne państwo wchodzą na drogę zbrodni i zła - obowiązkiem moralnym jest przeciwstawić się temu, choćby nawet naród i państwo toczyły wojnę na zewnątrz.

[…]

Antysemityzm jest tak innym rodzajem ksenofobii, o tak odmiennej funkcji i roli w historii, że wymaga osobnego omówienia. Przede wszystkim powstaje pytanie, czy jest to ksenofobia. Gdy w Polsce żyli ludzie różniący się wszystkim: językiem, poczuciem narodowym, religią, tradycją, obyczajem, ubiorem, i antysemityzm przeciw nim się kierował - była to zapewne ksenofobia. Gdy antysemityzm obejmował też ludzi nieróżniących się językiem i ubiorem i oderwanych już od religii swych przodków - można by mniemać, że jednak działo się tak z powodu ich rzeczywistej czy domniemanej solidarności z tamtymi: wciąż więc była to ksenofobia. Gdy jednak przenosił się na ludzi często od pokoleń spolonizowanych, niejednokrotnie wyznających nie formalnie, lecz faktycznie tę samą religię, co większość Polaków, przesiąkniętych polską kulturą do szpiku kości, a często nawet mających za sobą działalność niepodległościową i walkę o wolność Polski - to już coś więcej i gorzej niż zwykła ksenofobia, która jest zjawiskiem ujemnym i niepożądanym, niekoniecznie jednak zahaczającym o psychopatologię społeczną. Jedyną możliwością uzasadnienia takiego antysemityzmu jest rasizm - często podświadomy, niewyznawany głośno. Przeświadczenie o mniejszej, niepełnej wartości ludzi ze względu na ich biologiczne, rasowe determinanty jest jednak nie do pogodzenia z naszym chrześcijańskim spadkiem etycznym, z przykazaniem miłości bliźniego i Pawłowym „nie masz Greczyna ani Żyda”. W praktyce znamy jeszcze inną próbę uzasadnienia: religijną, pseudochrześcijańską. Odrzucenie Chrystusa przez Żydów - a nawet wzięcie na siebie i potomnych Jego krwi, przelanej pod ich naciskiem - miałoby spowodować dla Żydów skutki analogiczne do grzechu pierworodnego ludzkości, a więc immanentne zło, które przyjęli w siebie. Konstrukcja to raczej kołtuńska niż teologiczna - i modelowo antychrześcijańska.

[…]

Z różnymi odmianami ksenofobii idzie w parze megalomania narodowa. „My, Polacy, złote ptacy”. Jesteśmy niby nieporównanie lepsi, mądrzejsi, bardziej utalentowani od wszystkich narodów świata, a w szczególności od tych, którzy żyją bliżej nas. Już ksiądz Dębołęcki napisał na ten temat stek bzdur na początku XVII wieku. I tak to trwa i rozwija się. W beznadziejnej sytuacji międzynarodowej, po upadku powstania listopadowego, rozkwitł polski mesjanizm. Najwięksi nasi poeci i myśliciele zaangażowali się w tę ideę. Była w niej autentyczna wielkość, uskrzydlona ich geniuszem. Myślę, że odegrało to jakąś rolę w przetrwaniu klęsk - choć pytanie, czy nie przyczyniło się do następnych. Ale spadek, który po tych romantycznych wzlotach do dziś przechował się w przeciętnej mentalności jako tako wykształconego Polaka, jest żałosny: poczucie jakiejś szczególnej wyższości tylko z tego tytułu, że jest się Polakiem, często doprawione religijną egzaltacją. Może zresztą to za duże słowo: to raczej karykatura egzaltacji, wyżywająca się w narodowo- religijnej rekwizytorni. Warto i należy w tej postawie zwrócić uwagę na splot wątków narodowych z religijnymi (ma to zresztą tę dobrą stronę, że patriotyczna tromtadracja partyjno-zbowidowska słabo dociera do społeczeństwa). Co to znaczy „Polak-katolik” - pisał obszernie, kompetentnie i celnie Bohdan Cywiński w Rodowodach niepokornych. Chciałbym mimo to zwrócić tu uwagę na parę aspektów tej sprawy, bo dla odpowiedzi na pytanie „patriotyzm - ale jaki?” mają one zasadnicze znaczenie. Hasło - twierdzenie o nierozłączności polskości i katolicyzmu - da się interpretować w różny sposób. Rzuca się je przeważnie bez bliższego sprecyzowania - i dzieje się to tak często, że można dopatrzyć się w tym metody. Ponieważ slogan ten w najbardziej narzucającej się interpretacji może oznaczać, że kto nie jest katolikiem, nie jest pełnowartościowym, zupełnym Polakiem (jeśli jest w ogóle Polakiem sensu stricto) - należałoby za każdym razem, gdy się nim ktoś posłuży, wyraźnie zaznaczyć, czy o takie jego rozumienie właśnie chodzi. Niedawno można było przeczytać o nierozłączności polskości i katolicyzmu w artykule księdza Sroki w gdańskim „Bratniaku”. Autor, interpelowany przeze mnie osobiście, odpowiedział, że został źle zrozumiany, chodziło mu mianowicie o to, że katolicyzm wywarł tak wielki i wielostronny wpływ na kulturę polską, tak w nią wrósł, że kultura ta jako całość nie da się od katolicyzmu oderwać bez utraty swej tożsamości. Jest to teza rozsądna i nikogo nie powinna dotykać, choć też mogłaby być przedmiotem dyskusji, można by na przykład spytać, wiedząc jak mocno prawosławie zdeterminowało kulturę Rosji, czy gdyby odrodzenie religijne Rosji dokonało się nieoczekiwanie przez połączenie ze Stolicą Piotrową, to nastąpiłaby nie tyle poważna zmiana w narodzie rosyjskim, co w ogóle utrata przezeń tożsamości narodowej? Czy - uogólniając - katolicyzacja jakiegokolwiek narodu chrześcijańskiego lub chrystianizacja jakiegokolwiek narodu niechrześcijańskiego musi spowodować jego wynarodowienie? Ale zostawmy tę dyskusję na boku. Bardziej mi chodzi o pierwszą interpretację polsko-katolickiego hasła, dość powszechną, jak mi się zdaje, wszędzie tam, gdzie spotykamy się jednocześnie z ksenofobią i megalomanią narodową, a która wciąż żywi się niejasnymi przeświadczeniami, które tu rozważamy. Sens pierwszy jest bowiem zarówno fałszem, jak i złą przysługą wyrządzoną tradycji narodowej oraz dzisiejszemu stanowi poczucia narodowego. Po zbawia mianowicie tradycję narodową ogromnych i ważnych jej obszarów, a z dzisiejszego życia narodowego ruguje tych ludzi, którzy do związków z katolicyzmem się nie poczuwają. Co w dziejach i tradycji polskiej nie jest katolickie? Pomijając epizody, które w niewielkim stopniu wpłynęły na bieg naszych dziejów, jak np. polski husytyzm, zacząć trzeba od polskiej tradycji reformacji i protestantyzmu. Na tę tradycję składają się w XVI i XVII wieku dzieło Mikołaja Reja i dorobek przypieczętowanym aktem Konfederacji Warszawskiej. Nie brak protestantów wśród naszych bohaterów narodowych (przykładem generał Sowiński), nie brak pastorów wśród narodowych działaczy polskich.

[…]

Żadnej kulturze jeszcze izolacja nie wyszła na dobre. Polacy doświadczyli tego na sobie w znacznym stopniu. Od braci Czechów wzięliśmy chrześcijaństwo, które zaszczepiali u nas Czesi, Niemcy i inni duchowni przybyli z Zachodu. Po naukę zaczęli Polacy jeździć na włoskie i niemieckie uniwersytety, do Pragi i Paryża. Zrazu byli nieliczni, później ich liczba stale rosła - z korzyścią dla naszej kultury. Zachodni mentorzy, Niemcy i Francuzi, uczyli nas wznosić budowle romańskie, a później gotyckie, zapełnione rzeźbami i obrazami będącymi dziełem cechowych artystów–Niemców. Obyczaj zachodnioeuropejskiego rycerstwa przyjął się w Polsce. Sprowadzone z Zachodu zakony krzewiły cywilizację i kulturę. Poczynając od końca XV wieku zaczęliśmy czerpać pełnymi garściami z Włoch, przeżywających renesans, a potem z całej renesansowej Europy Zachodniej, sprowadzając stamtąd artystów, pisarzy i uczonych. Cała elita polska kształciła się na zachodnioeuropejskich uniwersytetach, głównie we Włoszech i w Niemczech. Z Niemiec przyszła reformacja, która wzbogaciła polskie życie umysłowe. Z bliskiego Orientu turecko-tatarskiego szlachta polska brała stroje, wyposażenie wnętrz, broń (i, niestety, barbarzyński zwyczaj wbijania na pal).

Skomentuj

Upewnij się, że uzupełnisz wszystkie pola oznaczone gwiazdką (*). Możesz używać podstawowych znaczników html.



Wykonaj zadanie w okienku poniżej, żeby dodać komentarz

My na Facebooku

Subskrybuj nasz newsletter

Chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się w polskiej i nie tylko masonerii? Zapisz się na newsletter.

Najczęściej czytane

Wielki Wschód Polski 1910-18

13 Lis 2015 historia masonerii

Masońska symbolika dla laika

13 Lis 2015 Symbolika